Na szczyt świata!

-Pffffff...
"I tam!"
-Pfffff...
"I tamta pajęczyna!" - Widzę kocie, proszę cię... "Nie wiem czy widzisz. Tyle czasu nie widziałaś, a teraz ci się wzrok nagle poprawił?" - To nie tak Mefciu, nie widziałam, bo mnie tu bardzo dawno nie było.
No nareszcie udało nam się wszystko odkurzyć i posprzątać. Przytłaczająca ilość kurzu i pajęczyn.
Długo mnie tu nie było ale wszystko ma swój powód. W tym wypadku po prostu nic się takiego nie działo a mnie opętała niemoc twórcza i ogólne jesienne zmęczenie.
Dodatkowo jojczenie Elfa pt: "Weź byś coś napisała", "Napisz coś wreszcie", "Blog ci umiera" etc. Działały dokładnie odwrotnie, niż było to zamierzone...
Ja po prostu potrzebowałam motywacji :D
A że akurat żadna się nie nadarzała, to kupiłam sobie jedną. ;p
I tu pojawia się pierwszy powód dla którego warto pisać dalej bloga.
"Zeeeew.... Samochwała w kącie stała...."
-Milcz kocie!
Oto pragnę zaprezentować Wam moje najcudniejsze, wspaniałe, najukochańsze maleństwo.
ASUS VivoBook!
Najbardziej powalający jest procesor. Intel i5 8265U ósmej generacji. 4 rdzenie fizyczne i dwa logiczne razem 6 rdzeni o prędkości od 1,6 do 3,9 w trybie turbo. Dodatkowo wyposażony jest w dysk SSD, na którym pracuję pierwszy raz w życiu i jestem w szoku. Dzisiaj policzyłam ile czasu mija od wciśnięcia przycisku zasilania a pojawienia się okna logowania Windows. Laptop był na baterii. Zgadnijcie.
3 sekundy.
Ja wiem, że świat już na dyskach tych funkcjonuje od lat i pewnie nikogo to nie dziwi. Mnie tak.
"Bo ty jesteś zacofana".
- Śpisz, to śpij kocie. "Tak przynudzasz, że nie pozostaje mi nic innego... Zieeeeew!".
Wracając do tematu. Przeznaczenie laptopa jest proste. Pisanie bloga, programowanie, pisanie książki, oglądanie anime, słuchanie muzyki etc. Nie granie. Jedyny mankament jest taki, że mój laptop ma tylko Intel UHD Graphics 620, czyli zintegrowaną z procesorem kartę graficzną. Ale nie takie jest jego przeznaczenie :D
Dlaczego mogłam sobie pozwolić na zakup ultrabooka? Ano to jest drugi temat dzisiejszego posta. Ponieważ udało mi się rzucić palenie!
Tak, to już będzie prawie miesiąc jak nie miałam papierosa w ustach.
Tu muszę napisać, że nie dałabym rady gdyby nie Desmoxan. Tak, tak. Chciałoby się napisać, że rzuciłam z dnia na dzień tylko dzięki silnej woli. Taaaa, jasne.
Desmoxan jest rewelacyjny. Oczywiście wymaga siły woli, gdyż zdarzają się naprawdę ciężkie chwile. Ale zakładając, że chcemy, to z Desmoxanem każdy da radę.
Polecam serdecznie.
Ja już jestem na takim etapie, że jak by mi kto podstawił papierosa pod nos z gwarancją, że mi nie zaszkodzi, nie wpłynie na rzucanie itp, to i tak bym nie zapaliła. Z resztą, pół paczki Cameli nadal leży w kuchni :D
Rzucenie palenia jest jak wyrwanie się z jakiegoś obłędu. Obłędu kupowania 20 papierosów za niebotyczne pieniądze. Ciągłe martwienie się, że zaraz nam braknie, że trzeba kupić. Wypalam i za godzinę chce mi się znów palić. Ludzie, przecież to jest porąbane. A grubasy wsiadają do swoich mercedesów i jadą do swoich willi z basenem, kupionych za nasze pieniądze!
Serio? Serio czujecie się tak fajnie i cool, że staniecie pod murem z graffiti z butelką piwa i fają w zębach? Albo w prochowcu stojąc w ciemnym zaułku, obserwując podejrzanego? Tak, to jest mega cool, zgadzam się. Ale dlaczego wyrzucacie z głowy momenty kiedy skuleni wychodzicie z pracy w deszcz, śnieg i wichurę? Jaracie buch za buchem i mokrzy i zmarznięci uciekacie do środka. I tak 5 razy w ciągu dnia.
Miałam tak samo, ale stwierdziłam, no może wystarczy?
Udało się. W końcu.
Na palenie wydałam: 96.000 zł.
Dziś, od ręki, za gotówkę, prosto z salonu.
Chore, nie?
Życzę każdemu palaczowi tyle wytrwałości i rozumu, by doszedł do tych samych wniosków i z pomocą jakąkolwiek by było komfortowo i jak najłatwiej rzuci to gówno raz na zawsze.
Pozdrawiam moich cierpliwych czytelników i już zapraszam na kolejny wpis, który pojawi się już niebawem.
A chwalić za rzucenie palenia to już chwaliłam 🥰 Ale wpisy bym chciała na różne tematy, a szczególnie wiesz taki druk zwarty z kotkiem na okładce tak leży...
OdpowiedzUsuń